<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Śladami Kazimierza Nowaka</title>
	<atom:link href="http://www.sladaminowaka.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.sladaminowaka.pl</link>
	<description>Afryka 2010</description>
	<lastBuildDate>Wed, 17 Mar 2010 13:14:27 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.8.4</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Afryka Nowaka na Kolosach 2009</title>
		<link>http://www.sladaminowaka.pl/afryka-nowaka-na-kolosach-2009/</link>
		<comments>http://www.sladaminowaka.pl/afryka-nowaka-na-kolosach-2009/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 17 Mar 2010 13:13:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tomza</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.sladaminowaka.pl/?p=685</guid>
		<description><![CDATA[Ci, których w Gdyni nie było, naprawdę mają czego żałować. Na największym w Polsce festiwalu podrózniczym o “Afryce Nowaka” i jej trzech pierwszych, zakończonych już etapach, opowiadaliśmy długo (choć oczywiście o wiele za krótko), w dodatku w najlepszym możliwym czasie. W sobotę wieczór (to właśnie wtedy) liczba widzów zgromadzonych w Hali Sportowo-Widowiskowej “Gdynia” przekraczała 3000. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ci, których w Gdyni nie było, naprawdę mają czego żałować. Na największym w Polsce festiwalu podrózniczym o “Afryce Nowaka” i jej trzech pierwszych, zakończonych już etapach, opowiadaliśmy długo (choć oczywiście o wiele za krótko), w dodatku w najlepszym możliwym czasie. W sobotę wieczór (to właśnie wtedy) liczba widzów zgromadzonych w Hali Sportowo-Widowiskowej “Gdynia” przekraczała 3000. To było coś.</p>
<p><img src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/03/kolosy_sala.jpg" alt="kolosy_sala" title="kolosy_sala" width="450" height="302" class="aligncenter size-full wp-image-687" /><small>Fot. Adrian Larisz</small></p>
<p>Czuliśmy skalę wyzwania.</p>
<p>A jak poszło? Wnosząc po sile oklasków, opiniach i komentarzach – pozbądźmy się tej nadmiernej skromności: po prostu daliśmy radę. Było fajnie i to się czuło. A o to właśnie chodziło (w dodatku o mało co, a otrzymalibyśmy Nagrodę Dziennikarzy).</p>
<p>To jednak jeszcze nie wszystko dobre, co wydarzyło się na ostatnich Kolosach. Oto bowiem <strong>Dominik Szmajda</strong> (uczestnik I etapu libijskiego i lider II) został laureatem wyróżnienia w kategorii “Podróże” za swoją wcześniejszą, samotną i oczywiście rowerową włóczęgę po Afryce Zachodniej (z uzasadnienia Kapituły Kolosów: (…) <em>za pełne zrozumienia, wnikliwe spojrzenie na mieszkańców Afryki Zachodniej</em>).</p>
<p>Powody do satysfakcji miał również <strong>Piotr Strzeżysz</strong> (etap IV, Sudan), którego relację z podróży (nie trzeba chyba dodawać, że też rowerowej) tym razem po Kirgizji publiczność nagrodziła naprawdę długimi brawami. Gratulacje!</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.sladaminowaka.pl/afryka-nowaka-na-kolosach-2009/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Fotoblog Sebastiana: http://afrykanowaka.wordpress.com/</title>
		<link>http://www.sladaminowaka.pl/fotoblog-sebastiana-httpafrykanowaka-wordpress-com/</link>
		<comments>http://www.sladaminowaka.pl/fotoblog-sebastiana-httpafrykanowaka-wordpress-com/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 16 Feb 2010 20:20:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tomza</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Uczestnicy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.sladaminowaka.pl/?p=582</guid>
		<description><![CDATA[Miałem opisać szczegóły tego, co działo się w czasie naszego ostatniego dnia w Kairze (bo działo się sporo), no i nic z tego jak na razie nie wyszło.
Wyszło za to Sebastianowi. Pod adresem http://afrykanowaka.wordpress.com odpalił blog ze zdjęciami, które zrobił w czasie naszej wspólnej podróży. Wśród wielu badzo fajnych fotografii, m.in. ujęcie ja + Andrzej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Miałem opisać szczegóły tego, co działo się w czasie naszego ostatniego dnia w Kairze (bo działo się sporo), no i nic z tego jak na razie nie wyszło.</p>
<p style="text-align: justify;">Wyszło za to Sebastianowi. Pod adresem <a href="http://afrykanowaka.wordpress.com/" target="_blank">http://afrykanowaka.wordpress.com</a> odpalił blog ze zdjęciami, które zrobił w czasie naszej wspólnej podróży. Wśród wielu badzo fajnych fotografii, m.in. ujęcie ja + Andrzej Woźniak, który po zakończeniu długoletniej kariery piłkarskiej (pamiętamy: Widzew Łódź, Francja-Polska na Parc des Princes, FC Porto itd.) i perypetiach z wymiarem sprawiedliwości osiadł na egipskiej prowincji. Niestety nie mówi już po polsku. No trudno.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.sladaminowaka.pl/fotoblog-sebastiana-httpafrykanowaka-wordpress-com/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>10 lutego 2010, środa wieczór, POSTPOSTSCRIPTUM (wygląda na to, że wcale nie ostatnie)</title>
		<link>http://www.sladaminowaka.pl/10-lutego-2010-sroda-wieczor-postpostscriptum-wyglada-na-to-ze-wcale-nie-ostatnie/</link>
		<comments>http://www.sladaminowaka.pl/10-lutego-2010-sroda-wieczor-postpostscriptum-wyglada-na-to-ze-wcale-nie-ostatnie/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 10 Feb 2010 22:15:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tomza</dc:creator>
				<category><![CDATA[Relacja - dzień po dniu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.sladaminowaka.pl/10-lutego-2010-sroda-wieczor-postpostscriptum-wyglada-na-to-ze-wcale-nie-ostatnie/</guid>
		<description><![CDATA[Dokki, Kair, mieszkanie Teo i Bei (raz jeszcze, ale już wyjeżdżamy)
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;
Czy ja napisałem wczoraj, że egipski etap &#8220;Afryki Nowaka&#8221; definitywnie się zakończył? No cóż &#8211; kłamałem. Pałeczkę sztafety może i przekazaliśmy &#8220;Sudańczykom&#8221;, nie znaczy to jednak, że przestajemy działać. Nazwijmy to tak: śladami Kazimierza Nowaka po Kairze. Drugie podejście i do dwóch razy sztuka. Mamy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Dokki, Kair, mieszkanie Teo i Bei (raz jeszcze, ale już wyjeżdżamy)<br />
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;</p>
<p>Czy ja napisałem wczoraj, że egipski etap &#8220;Afryki Nowaka&#8221; definitywnie się zakończył? No cóż &#8211; kłamałem. Pałeczkę sztafety może i przekazaliśmy &#8220;Sudańczykom&#8221;, nie znaczy to jednak, że przestajemy działać. Nazwijmy to tak: śladami Kazimierza Nowaka po Kairze. Drugie podejście i do dwóch razy sztuka. Mamy coś. Co najmniej dwa tropy. Było ciekawie. Szczegóły już z Polski, bo w końcu trzeba się też spakować.</p>
<p>Ogromne podziękowania za dzisiejszy dzień dla Teo (naprawdę pomyśl o tej robocie przewodnika po mieście) i dla Karola Leśniaka z ambasady RP. Szukamy dalej.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.sladaminowaka.pl/10-lutego-2010-sroda-wieczor-postpostscriptum-wyglada-na-to-ze-wcale-nie-ostatnie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>9 lutego 2010, wtorek popołudniu, (97 dzień sztafety) &#8211;   POSTSCRIPTUM</title>
		<link>http://www.sladaminowaka.pl/9-lutego-2010-wtorek-popoludniu-97-dzien-sztafety-postscriptum/</link>
		<comments>http://www.sladaminowaka.pl/9-lutego-2010-wtorek-popoludniu-97-dzien-sztafety-postscriptum/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Feb 2010 15:21:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tomza</dc:creator>
				<category><![CDATA[Relacja - dzień po dniu]]></category>
		<category><![CDATA[Sztafeta - etapy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.sladaminowaka.pl/?p=572</guid>
		<description><![CDATA[Kair, Dokki, mieszkanie Teofila i Bei
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;-
No i nie ma już tej palmy, na którą widok miałem siedząc w tym samym miejscu (jeden z trzech balkonów kairskiego mieszkania Teo) dokładnie niemalże miesiąc temu. Wycięli. Trwa budowa. Młot pneumatyczny wali bez przerwy, pracują faceci w dość oryginalnych roboczych ciuchach (dżalabija, sandał, głowa przewiązana szalikiem), nie zmieniło się [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Kair, Dokki, mieszkanie Teofila i Bei<br />
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;-</p>
<p>No i nie ma już tej palmy, na którą widok miałem siedząc w tym samym miejscu (jeden z trzech balkonów kairskiego mieszkania Teo) dokładnie niemalże miesiąc temu. Wycięli. Trwa budowa. Młot pneumatyczny wali bez przerwy, pracują faceci w dość oryginalnych roboczych ciuchach (dżalabija, sandał, głowa przewiązana szalikiem), nie zmieniło się tylko to, że jest wciąż ciepło, a nie gorąco. A Teo chodzi jak nieprzytomny, bo na budowie pracują w ten sposób (głośno) także nocą. Dziś była taka trzecia trzecia z rzędu.</p>
<p>My (Paweł i ja) też nie mieliśmy raczej noclegu miesiąca (podłoga w pociągu, sen &#8211; jak koń jakiś &#8211; na stojąco i temu podobne), ale istotniejsze jest, co działo się nieco wcześniej.</p>
<p>Otóż w poniedziałek 8 lutego 2010, około 11:30, tuż przy Wysokiej Tamie Asuańskiej (którą przejechaliśmy zresztą na rowerach dzień wcześniej), dokonaliśmy uroczytego przekazania następnej, sudańskiej, ekipie nie tylko sztafetowej książeczki-pałeczki, lecz także (nie całej, ale jednak) energii, którą zebraliśmy przez ostatni miesiąc (ze słońca, z jazdy, jak również &#8211; ja przynajmniej &#8211; z licznych doładowań z kosmosu: piramidy, świątynie, pomnik przyjaźni egipsko-radzieckiej na Wysokiej Tamie) oraz wiary w powodzenie tego ogromnego przedsięwzięcia, jakim jest &#8220;Afryka Nowaka&#8221;.</p>
<p>Z bólem serca oddaliśmy &#8220;nasze&#8221; rowery Kubie, Zbyszkowi, Grzegorzowi i Piotrowi, pożegnaliśmy się (z nimi i z nimi), życzyliśmy chłopakom powodzenia i już za chwilę tylko patrzyliśmy, jak znikają za zakratowaną bramą, zmierzając prosto już na prom do Wadi Halfa w niemożliwie gorącym i pięknym Sudanie.</p>
<p>(Wiadomość z ostatniej chwili: pan Salah Abdel Warez z Nile Transportation Company nie rzuca słów na wiatr &#8211; tabliczka upamiętniająca Kazimierza Nowaka znalazła swoje miejsce na promie!).</p>
<p>A my co? Ano wróciliśmy do Asuanu (wieloosobowa taksówka, peugeot 504, niesamowity wprost manewr na przejezdzie kolejowym &#8211; kierowca stara się z lewej wyminąć skręcającą właśnie w tę stronę dorożkę, szlaban powoli opada, ktoś woła, zdążymy), wypaliliśmy sziszę i też się pożegnaliśmy. Magda z Romanem zostali w Asuanie z planem by ruszyć następnego dnia na egipskie wesele (Magda dostała zaproszenie w piątek, kiedy zatrzymaliśmy na chwilę przy drodze na odpoczynek jadąc w stronę Kom Ombo), ja z Pawłem natomiast wsiedliśmy w pociąg do Kairu, w czwartek nad ranem lecimy już bowiem z powrotem do Polski. Pożegnanie nie było długie, ale co by nie mówić &#8211; trochę się wzruszyłem.</p>
<p>Miesiąc temu nie znaliśmy się prawie w ogóle, teraz sprawy mają sie już nieco inaczej. Momentami było trudno, czasami nerwowo, a jednak i mimo wszystko daliśmy radę. Przejechać wspólnie na rowerach 2000 km (Roman i Paweł nawet więcej), to najzwyczajniej w świece nie są przelewki. Przygód na szczęście nie brakowało, okoliczności zaś zwykle nam sprzyjały (wiatr w plecy, słońce &#8211; piękne, nie ostre &#8211; wypadki i zdarzenia drogowe co najwyżej niegroźne). Dlatego też mimo tych kilku rzuconych w naszą stronę kamieni (Roman ostatnim dostał w poniedziałek, już w drodzę do portu przy Tamie; ale nie odpuścił i dorwał sprawcę), braku wyobraźni egipskich kierowców czy wreszcie niemiłych doświadczeń w kontaktach z przedstawicielami handlu detalicznego w Asuanie i Luksorze (do tego ja mogę dorzucić jeszcze uderzenie w mój brzuch przez barana), wspomnienia z nad Nilu (ta rzeka jest piękna) zachowamy jednak dużo lepsze niż miał Nowak. W końcu my nie musieliśmy z nikim walczyć wręcz z wykorzystaniem sprzętu w postaci pompki do roweru.</p>
<p>Było fajnie.</p>
<p>&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;<br />
A teraz, w imieniu swoim, ale też (przynajmniej w części przypadków) wszystkich, którzy chcieliby się do wyrazów dołączyć, składam serdeczne podziękowania (kolejność bardziej losowa):</p>
<p>Piotrowi vel &#8220;Romanowi&#8221;, za siłę spokoju, zdrowy rozsądek, wyczucie i miłość do słodyczy; krótko mówiąc: ogromny szacunek;</p>
<p>Pawłowi, za umiejętność naprawienia i usprawnienia działania prawdopodobnie każdego urządzenia mniej lub bardziej mechanicznego, co gwarantowało naprawdę spory komfort psychiczny w czasie jazdy;</p>
<p>Związkowi Harcerstwa Rzeczypospolitej, za to, że Pawła co nieco różnych sprawności nauczył;</p>
<p>Magdzie, za poczucie humoru, wytrwałość, wyrozumiałość i zdolność zachowania dystansu do tego, co dokoła oraz za to, że jednak i mimo wszystko udało się nam zrealizować plan wyprawy &#8220;Śladami Kazimierza Nowaka&#8221; (choć zmieniony i prawie rok później);</p>
<p>Teofilowi, za jego znajomość języka arabskiego i korzystanie z niej dla dobra nas wszystkich, gościnność i cierpliwość do grupy nieznanych mu przecież wcześniej osób, zawsze chętnych, by okupować jego mieszkanie, nie zawsze zaś subordynowanych;</p>
<p>Bei, za również gościnność i cierpliwość (jw.), a także za przyszykowanie nam wtedy tej tortilli (bo jednak nie była to, jak wówczas napisałem, lasagne; w nazwach potraw dopiero zaczynam być mocny &#8211; koszeri, tameja, mus bi laban &#8211; bo do tej pory raczej nie jadałem) oraz rosołu;</p>
<p>Sebastianowi, za poczucie humoru, otwartość i uśmiech, jak również za urozmaicenie kolorystyki naszego peletonu swoją czerwono-czarną strzałą oraz &#8211; to przede wszystkim &#8211; za bycie &#8220;wahad Alemanii&#8221; wśród &#8220;arba Bulandii&#8221;;</p>
<p>Sponsorom wyprawy, za sprzęt i pieniądze na to wszystko;</p>
<p>Grzegorzowi Serówce (pani Marioli oczywiście również), za ogromną pomoc, jakiej nam udzielili w Aleksandrii i nie tylko;</p>
<p>Ambasadzie RP w Kairze, za przywitanie, wsparcie i umożliwienie nam zamontowania tabliczki;</p>
<p>Centrum Archelogii Śródziemnomorskiej UW w Kairze (nie pomyliłem nazwy?), za ciekawe doświadczenie;</p>
<p>Grubasowi z egipskiej policji, który wjechał radiowozem w moją przyczepkę, za to, że mogę teraz uchodzić za kombatanta;</p>
<p>Ekipie II etapu (Libia), za to, że byli w El Sollum na czas i zostawili nam sprzęt w dobrym stanie;</p>
<p>Ekipie IV etapu (Sudan), za to, że przylecieli na czas i moglismy zostawić sprzęt w dobrych rękach;</p>
<p>Wszystkim osobom zaangazowanym w &#8220;Afrykę Nowaka&#8221;, na których pomoc i szybkie reagowanie z Polski mogliśmy zawsze liczyć (Norbert, Dominik, Piotr &#8211; dzięki!);</p>
<p>Łukaszowi Wierzbickiemu, za to, że już dobrych kilka lat temu zabrał się za tego Kazimierza Nowaka;</p>
<p>Januszowi Janowskiemu i pani Ani, za to, że mnie wspierali;</p>
<p>Tym, których tu pominąłem, a nie powinienem (np. Niedźwiedziowi);</p>
<p><strong>A tak w ogóle to dziękuję Mojej Ukochanej</strong>, mojej Mamie (za mejle!!) i Robusiowi, a także Tadziowi (za redaktorską ciągłość, w szczególności zaś za materiał o Jewgieniju Popowie).</p>
<p>I to by było tymczasem na tyle. Wcale nie tak mało.</p>
<p>III etap rowerowej sztafety &#8220;Afryka Nowaka&#8221; &#8211; &#8220;Śladami Kazimierza Nowaka przez Egipt. 40 wieków plus dwa (kółka). Pamięci Sławka Kunca&#8221; &#8211; został z powodzeniem zamknięty. Sowę zawiozę do Tarnowa.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.sladaminowaka.pl/9-lutego-2010-wtorek-popoludniu-97-dzien-sztafety-postscriptum/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>6 lutego 2010, sobota wieczór, dzień 29 (94 dzień sztafety), FINAŁ ETAPU EGIPSKIEGO</title>
		<link>http://www.sladaminowaka.pl/6-lutego-2010-sobota-wieczor-dzien-29-94-dzien-sztafety-final-etapu-egipskiego/</link>
		<comments>http://www.sladaminowaka.pl/6-lutego-2010-sobota-wieczor-dzien-29-94-dzien-sztafety-final-etapu-egipskiego/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 06 Feb 2010 22:04:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tomza</dc:creator>
				<category><![CDATA[Relacja - dzień po dniu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.sladaminowaka.pl/?p=569</guid>
		<description><![CDATA[ponuro-wilgotny pokój hotelu El Amin, Asuan
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;-
Co znaczy ta lokalizacja? Tak, dojechaliśmy! Meta! Jesteśmy w Asuanie. Radość? A jak! Chociaż na eksplozje, feerie i entuzjazmy chyba trochę brakuje siły. Przynajmniej jeszcze dziś wieczór. Ale zadowolenie to mało. Jest satysfakcja.
Z podsumowaniami zawsze się zdąży, ale już teraz warto przynajmniej krótko: super się jechało przez ten Egipt. Były [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">ponuro-wilgotny pokój hotelu El Amin, Asuan<br />
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;-</p>
<p>Co znaczy ta lokalizacja? Tak, dojechaliśmy! Meta! Jesteśmy w Asuanie. Radość? A jak! Chociaż na eksplozje, feerie i entuzjazmy chyba trochę brakuje siły. Przynajmniej jeszcze dziś wieczór. Ale zadowolenie to mało. Jest satysfakcja.</p>
<p>Z podsumowaniami zawsze się zdąży, ale już teraz warto przynajmniej krótko: super się jechało przez ten Egipt. Były emocje, były przygody, plan został zrealizowany. O to chodziło. Sztafetową pałeczkę oddajemy &#8220;Sudańczykom&#8221; (którzy właśnie pojawili się na dole w hotelu) w dobrym stanie.</p>
<p>A co przez ostatnie trzy dni, gdy w końcu opuściliśmy Oasis Nubian w Luksorze? Zamarzyłem to sobie tak &#8211; biwak, biwak i biwak. Przez następne i najbliższe tygodnie okazji do spania w namiocie pod palmą nie będę miał zapewne zbyt dużo, dlatego końcówkę naszego etapu chciałem pod tym względem wykorzystać do maksimum. Jak prawie wszystko w Egipcie &#8211; udało się.</p>
<p>Po kolei wyglądało to tak: nocleg (i ognisko) nad Nilem, nocleg w palmowym zagajniku, nocleg (i ognisko) na piasku pod palmą. W tym ostatnim przypadku mowa będzie również o wieczorze spędzonym w doborowym nubijskim towarzystwie.</p>
<p>Zaczęło się wszystko w środę. Kiedy wyjeżdża się z miasta ok. 16:00, wiedząc, że słońce zachodzi w rejonie przed 18:00 nie ma co liczyć na ujechanie zbyt wiele. No ale coś takiego było w tym dachu hostelu w Luksorze, że trudno było zejść na dół (tym bardziej, że co rusz trafiali się potencjalni wierni, którym opowiadaliśmy ciekawą nowinę o Nowaku &#8211; pani z Londynu, dwóch Kanadyjczyków, jeszcze jeden Anglik). Późnym popołudniem więc wyjechaliśmy. Niby minus, ale plus za to znosi go łatwo &#8211; nie mamy za sobą ogona policji. Roman (wyczucie) zatrzymuje się na chwilę i wychodzi rozejrzeć się na górę piachu, która oddziela szosę od Nilu. Jest idealnie. Wspaniała ta rzeka.</p>
<p>Miejsc do spania do wyboru bez liku, można nawet w pasterskiej chacie. Namioty, ognisko, ryż z dżemem. Wbrew pozorom smakuje znakomicie. Coś dla ciała, coś dla ducha: Roman przynosi gitarę. Żelazny numer: &#8220;Chleba takiego jak ten od Cześka, nie znajdziesz nigdzie, nawet w Warszawie&#8221;. Nad Nilem niesie się całkiem nieźle, czego dowodem wizyta słuchaczy. Podpływają do nas, wiosłując, ale gdy tylko repertuar się zmienia, odpływają z powrotem. Ciemna noc.</p>
<p>Inaczej zupełnie niż Nowakowi, który z miejscowymi rolnikami i pasterzami miał trudne przejścia, nam udaje się z osobami na których polach (względnie w miejscach pracy) śpimy, utrzymywać pozytywne relacje. Rano pasterz i rolnik w tej samej osobie zaprasza nas na herbatę na żarze. Paweł rewanżuje się dodając mięty.</p>
<p>Jedziemy do miejscowości Esna, rzucić okiem na świątynię Chnuma. Droga jest ładna, a przy tym mało ruchliwa. Po lewej góry, po prawej Nil. Coś jeszcze? (Okaże się, że konfiguracja może być lepsza, ale to dopiero następnego dnia).</p>
<p>W samej Esnie już &#8211; jak mawiał klasyk &#8211; bez rewelacji. Świątynia z wyglądu rzymska, masywna, schowana w niecce w samym centrum miasta, nie w tym jednak problem, a w ludzich. Jakaś tu niesprzyjająca energia, coś niedobrego, co mówi: już jedźćcie. Dopiero, gdy &#8211; kiedy piję herbatę &#8211; jeden, nie więcej, człowiek interesuje się życzliwie kto my i dokąd zmierzamy, a trasa z El Sollum aż tutaj robi na nim niemałe wrażenie, pozostali (przynajmniej w tej knajpie) zaczynają na nas patrzeć jak na ludzi. No trudno. Zbieramy się.</p>
<p>Niestety już w asyście policjanta. Trasę na Edfu bierzemy nietypową, bo nie wracamy już do szybkiej drogi po drugiej stronie Nilu, ale przemieszczamy się na południe zachodnim brzegiem. Pedałujemy najpierw przez małe wioski, położone zaraz za miastem. Reakcje ludzi są bardzo różne, niekoniecznie miłe, zawsze emocjonalne. To tylko chwila: jadący z przodu Roman o mały włos unika kamienia. On hamuje, ja hamuję, my hamujemy (bo Magda również). Niegroźny karambol. Krzyczymy na dzieciaki (to któreś z nich rzuciło). Niestety &#8211; tak to również wygląda: agresja rodzi agresję.</p>
<p>Być może lepiej byłoby o tym nie wspominać, bo fakty są takie, że ta agresja to ułamek promila. Jedziemy (niestety już w czasie przeszłym, ktoś tam, w pokoju na drugim końcu korytarza przyjechał tu aż z Polski, żeby zabrać nam rowery!) w końcu codziennie po te kilkadziesiąt kilometrów, co chwilę dosłownie słyszymy pozdrowienia, ludzie do nas machają, uśmiechają się, dzieci reagują zwykle ntuzjastycznie. &#8216;Hello&#8217;, &#8216;welcome&#8217;, &#8216;what&#8217;s your name?&#8217; &#8211; to jednak jest dziesięć tysięcy razy częstsze niż kamienie. Choć fakt, że boli dostać tylko tymi drugimi.</p>
<p>Tego dnia (to wciąż czwartek) miejsca na biwak szukamy dość długo, w końcu decydujemy się na takie wybrane przez Pawła. Palmowy zagajnik, choć blisko torów, położony jest znowu niezwykle atrakcyjnie. Co prawda kilkadziesiąt metrów stąd, jeden z rolników ostrzega nas, że okolica nie jest bezpieczna, bo &#8220;Wilk zabił tu człowieka&#8221;, ale z uwagi na to, że wszystkie watahy wilków Afrykę Północną opuściły zdaje się zaraz właśnie po tym zdarzeniu (najpewniej w obawie przed zemstą), jakoś nie do końca wierzymy, że było to w tym lub poprzednim stuleciu.</p>
<p>W dodatku jakby co, to pilnuje nas osiołek (drzemie nieopodal i spędza tu &#8211; jak my &#8211; całą noc). Są palmy, jest placyk, tak jak lubię. Znowu super. I jeszcze &#8211; choć byłem przekonany, że tego dnia nie przejechaliśmy więcej jak 60 km, okazuje się, co potwierdza licznik, że ponad 90. Samo niosło.</p>
<p>Żeby jednak nie było za różowo, coś przez noc w polowych warunkach tracę. Głos. Rano wstaję, nie mówię, skrzeczę. Przynajmniej jest zabawnie. Choć nie ma ogniska, gwiazd ani księzyca, Roman sięga po gitarę. Znacie motyw, więc śmiało, proszę się dołączać: &#8220;Chleba takiego jak ten od Cześka, (&#8230;)&#8221;.</p>
<p>Dojeżdżamy do Edfu, świątynia Horusa. Najlepszy widok na jej starożytne mury, gdy jedzie się rowerem wąziutkimi uliczkami przyklejonej do niej śródmiejskiej dzielnicy. Uwaga na dzieci i panie niosące pranie. Przy okazji warto skorzystać z pomocy krawca &#8211; spodnie Romana znowu są w jednym kawałku.</p>
<p>Co dalej? Ostatnim przed Asuanem mostem wracamy na wschodni brzeg Nilu i bierzemy kierunek na Kom Ombo. Przepiękna trasa. Liczący może 50-80 m szerokości układ elementów, na który składają się kolejno (od lewej): góry (takie pustynno-piaskowe, nieprzystępne, magnetyczne i suche), szosa (a my na niej; podjazdy, zjazdy, są warunki, żeby się całkiem nieźle rozpędzić), tory kolejowe, poletka uprawne, Nil. Każda z części składowych we własnym, intesywnym kolorze. W jednym miejscu, gdzie brak akurat pasa zieleni, stacja kolejowa bezpośrednio nad Nilem. Chce się krzyczeć z radości i zachwytu (krzyczę; ten zaśpiew).</p>
<p>No to jeszcze trzecie biwak do kompletu &#8211; poszukiwania trwają dość długo, robi się ciemno, nie ma już czasu przebierać. Jest nieźle. Palmy i piasek, choć nie plaża. Magda przygotowuje właśnie zupę pomidorową, która uda jej się naprawdę niezła, kiedy przychodzą do nas Kazim i Hamada. &#8220;Witajcie w Nubii&#8221; &#8211; mówią, co oznacza również, że szykuje się niezły wieczór.</p>
<p>Z laptopa Bob Marley, w użyciu Bluetooth (wymiana mp3 między komputerem Romana a komórką Kazima), do tego dokładne kartkowanie &#8220;Rowerem i pieszo..&#8221;. Na chłopakach podróż Nowaka robi takie wrażenie, że gdy przychodzi ich dwóch jeszcze (Arafat i ten, którego imienia nie zapamiętałem), Kazim od razu każe im przeglądnąć książkę. Siedzi się naprawdę rewelacyjnie, z inicjatywy Magdy rozpalamy więc do tego ognisko. Pali się. O czym Kazimierz Nowak pisał, że powoduje ból głowy? Mniejsza o to. Jest tak sympatycznie, żadnych nerwów, targowań, uprzedzeń. Trzech Nubijczyków (Hamada musiał iść wcześniej), czworo Polaków, Egipt.</p>
<p>Następnego dnia rano to już dzisiaj. Kilometrów zostało do mety tak mało, że najlepiej byłoby to jakoś zatrzymać. Być może to dzieje się podświadomie &#8211; Magda łapie gumę zanim jeszcze zdążymy ruszyć, ale Paweł ją strasznie szybko wymienia. Potem południowy pzystanek w Kom Ombo &#8211; świątynia malowniczo położona na cyplu w zakręcie rzeki &#8211; i wszystkiego już raptem ledwo 40 km. Co robić? Pogoda znakomita, droga nie gorsza, jedziemy. Zatrzymujemy się jeszcze na 20 km przed metą w urokliwym miejscu nad tym tak niesamowicie pięknym Nilem (im dłużej nad nim przebywam, tym bardziej mnie bierze; kolor wykonuje niesamowitą robotę), ale nie da się tego wydłużać w nieskończoność.</p>
<p>Asuan. Wjeżdżamy mniej więcej o 16:00. Za nami ponad 2000 km. Finał.</p>
<p>Plany na jutro: wypoczynek, starania o motaż tabliczki na promie, pożegnalna rundka rowerem na Wysoką Tamę. Przede wszystkim zaś przekazanie pałeczki &#8220;Sudańczykom&#8221;. Zazdrościmy.</p>
<p>Tymczasem zaś idę się jeszcze przejść wieczór po Asuanie. No pewnie, nie ma co ukrywać &#8211; melancholia. Trzy lata temu spędziliśmy w tym mieście dwa bardzo odświeżające i dające nam sporo energii dni ze Sławkiem Kuncem. Trochę się tu zmieniło. Jest inaczej.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.sladaminowaka.pl/6-lutego-2010-sobota-wieczor-dzien-29-94-dzien-sztafety-final-etapu-egipskiego/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>3 lutego 2010, środa rano, dzień 26 (91 dzień sztafety)</title>
		<link>http://www.sladaminowaka.pl/3-lutego-2010-sroda-rano-dzien-26-91-dzien-sztafety/</link>
		<comments>http://www.sladaminowaka.pl/3-lutego-2010-sroda-rano-dzien-26-91-dzien-sztafety/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 03 Feb 2010 12:21:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tomza</dc:creator>
				<category><![CDATA[Relacja - dzień po dniu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.sladaminowaka.pl/?p=565</guid>
		<description><![CDATA[Wciąż dach Oasis Nubian Hostel, Luksor
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8211;
Chciałem napisać coś wczoraj wieczorem, no ale przecież nijak się nie dało. Właścicielowi, a może tylko kierownikowi hostelu, po wypiciu kilku piw (dla chcącego nic trudnego) i pewnie też odpaleniu czegoś pachnącego (flagi Jamajki zobowiązują), niestety włączył się tryb &#8220;agresor&#8221;, który realizował puszczając na cały regulator przeboje kanałów telewizji satelitarnej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Wciąż dach Oasis Nubian Hostel, Luksor<br />
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8211;</p>
<p>Chciałem napisać coś wczoraj wieczorem, no ale przecież nijak się nie dało. Właścicielowi, a może tylko kierownikowi hostelu, po wypiciu kilku piw (dla chcącego nic trudnego) i pewnie też odpaleniu czegoś pachnącego (flagi Jamajki zobowiązują), niestety włączył się tryb &#8220;agresor&#8221;, który realizował puszczając na cały regulator przeboje kanałów telewizji satelitarnej z tej akurat części świata, w której mamy przyjemość znajdować się już prawie od miesiąca. Nie były to dobre warunki do czegokolwiek.</p>
<p>Na szczęście dzisiaj przecież też jest dzień.</p>
<p>Za jakąś godzinę-dwie ruszamy na południe, bezpośrednio już w kierunku Asuanu, gdzie w sobotę mamy nadzieję przywitać się z ekipą kolejnego, sudańskiego etapu &#8220;Afryki Nowaka&#8221; (przy tej okazji &#8211; nieustające, ogromne, niewysłowione, i w dodatku już po raz kolejny, podziękowania dla Grzegorza Serówki z Aleksandrii, który właśnie zorganizował &#8220;Sudańczykom&#8221; rezerwacje biletów na prom do Wadi Halfa). Sami będziemy się powoli zwijać. Tymczasem robi to Sebastian &#8211; wraca wieczornym pociągiem do Kairu. Żegnamy się serdecznie. Podróżowało się z nim rewelacyjnie. Co on na to? Obiecał, że napisze swoją wersję wydarzeń. Dzięki!</p>
<p>Ostatnie dwa dni zeszły nam głównie na zwiedzaniu, robieniu zdjęć, poszukiwaniu kadrów i ujęć, jakie wybierał dla swych fotografii Kazimierz Nowak. Luksor daje spore możliwości w tym zakresie. Dla Nowaka czas (całkiem długi) spędzony w mieście nad Nilem nie należał raczej do najbardziej szczęśliwych w podróży (trudne listy do żony, rozterki, co robić dalej, permanentny brak pieniędzy, złe warunki do pracy z racji braku lokum i potężnych upałów). My na szczęście mieliśmy się tu całkiem dobrze, chociaż Luksor faktycznie bywa niestety energochłonny.</p>
<p>Poniedziałek w starożytnej (jak zresztą prawie wszystko tutaj) świątyni w Karnaku. Ogromny kompleks naprawdę robi niezwykłe wrażenie: sala ze 134 kolumnami (największa tego typu konstrukcja na świecie), obeliski prosto w niebo, posągi. A wszystko to stoi tu, powiedzmy, nie od wczoraj. I jeszcze to wejście &#8211; aleją sfinksów: każdy jeden lew z głową barana głowę podparą ma ludzką postacią. Tyle krótko, bo możnaby godzinami.</p>
<p>Aha, tylko dwa słowa o pieskach (choćby przez wzgląd na Medinę itd.). Pomimo, że przez świątynię w Karnaku przewijają (przewalają, przetaczają) się tysiące turystów, pieski zdają się nie zwracać na to uwagi. Kręci się ich po obiekcie co najmniej kilkanaście. Polegują, grzeją się w słońcu, podbiegają, Jeden leży zmęczony jak nieżywy w piasku. Ktoś podchodzi, żeby zrobić mu zdjęcie (piesek przez chwilę jest równie ważny co zabytki). Co by nie mówić &#8211; ciekawe, a jakie niespodziewane złamanie monumentalnego krajobrazu Karnaku.</p>
<p>Wczoraj za to Dolina Królów &#8211; sceneria tak piękna, że długo nie umknie z pamięci, tym bardziej, że dotarliśmy tam rowerami. Jazda wśród wznoszących się po obu stronach drogi gór, słońce, wiatr. Utnę w tym miejscu, bo znów zrobi się za bardzo poetycko.</p>
<p>Niezłe wrażenia też z wizyty w grobowcach faraonów (nimi bowiem wypełniona jest Dolina Królów). Np. Tutmosis III: głęboko, parno, dziwnie. Ściany pełne najrozmaitszych przekazów. Na samym dole grobowca leży ktoś w dżalabiji, getrach i czarnych trampkach. To nie Tutmosis, bo żyje. Drzemka. To człowiek pilnujący tego miejsca.</p>
<p>Gdy wracamy przez Dolinę Królów, by udać się stamtąd do tzw. wioski rzemieślników, Roman rozmarzonym wzrokiem spogląda na góry, układające się różnorodnie i mieniące w piaskowych kolorach. &#8220;Wiesz co mi to przypomina?&#8221; &#8211; pyta. &#8220;Baklawę&#8221;.</p>
<p>Wioska rzemieślników okazuje się dobrym wyborem na spędzenie tego słonecznego popołudnia (przydaje się teoretyczne przygotowanie Romana: wie, gdzie nas prowadzić). Kolory malunków w grobowcach są żywsze, a wszystko wydaje się zwyczajnie bardziej ludzkie. Zwiedzamy podziemia, a chwilę później wspinamy się w górę. Zmiana radykalna i jakie widoki! Panorama rozciąga się imponująca. W dole, gdzieś na piaskowo-kamienistym placu, dzieciaki z okolicy starają się być niegorsze niż Zidan i Gedo. Piłka nożna w takiej scenerii &#8211; coś naprawdę niesamowitego.</p>
<p>Góry, pustynia, wiatr, słońce, przestrzeń. Raz jeszcze i po raz już który: jest pięknie.</p>
<p>Wieczorem fundujemy sobie wreszcie odmianę od koszeri, tameji i podobnych pysznych, choć niec już &#8220;przejedzonych&#8221; posiłków. Pizza. Do tego oglądanie zdjęć na dachu. A później już tylko ten hałas z głośników.</p>
<p>A co z tą energochłonnością? Otóż w Luksorze, jak w wielu innych na świecie żyjących z turystyki miejscach, by zapłacić za niemal każdą, najzwyklejszą rzecz uczciwą cenę, trzeba albo mieć szczęście, albo stoczyć walkę. Nie zawsze przecież zwycięską. Gdyby to jeszcze kończyło się po prostu na różnicy zdań. Ale nie &#8211; przy braku doświadczenia złe emocje, zmęczenie, wykłócanie i przykrość. Męczące. No trudno. Jak powiedział (nie w Luksorze co prawda, a w Abydos, nie ma to dla sensu jednak kluczowego znaczenia) Romanowi facet uporczywie i złośliwie naciskający na klakson: &#8220;No more domination of European people in Egypt&#8221;. No pewnie.</p>
<p>Czyli co? Znowu narzekanie, w dodatku na koniec. Nie, nie i nie. Tu jest świetnie, słońce świeci, wiatr wieje. Rewelacja.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.sladaminowaka.pl/3-lutego-2010-sroda-rano-dzien-26-91-dzien-sztafety/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>1 lutego 2010, poniedziałek rano, dzień 24 (89 dzień sztafety)</title>
		<link>http://www.sladaminowaka.pl/1-lutego-2010-poniedzialek-rano-dzien-24-89-dzien-sztafety/</link>
		<comments>http://www.sladaminowaka.pl/1-lutego-2010-poniedzialek-rano-dzien-24-89-dzien-sztafety/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 01 Feb 2010 12:11:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tomza</dc:creator>
				<category><![CDATA[Relacja - dzień po dniu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.sladaminowaka.pl/?p=541</guid>
		<description><![CDATA[dach Oasis Nubian Hostel, odpoczywający po piłkarskim amoku Luksor
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8211;
Mieliśmy szczęście. Mogliśmy być gdzieś w głuszy, trener Egiptu mógł nie wpuścić na boisko w 70 min Mohameda Gedo, a sam Gedo mógł rozegrać kwadrans później &#8220;klepkę&#8221; z Mohamedem Zidanem w sposób znacznie gorszy. A jednak &#8211; byliśmy (jesteśmy) w Luksorze, Egipt został po raz trzeci z [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>dach Oasis Nubian Hostel, odpoczywający po piłkarskim amoku Luksor<br />
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8211;</p>
<p>Mieliśmy szczęście. Mogliśmy być gdzieś w głuszy, trener Egiptu mógł nie wpuścić na boisko w 70 min Mohameda Gedo, a sam Gedo mógł rozegrać kwadrans później &#8220;klepkę&#8221; z Mohamedem Zidanem w sposób znacznie gorszy. A jednak &#8211; byliśmy (jesteśmy) w Luksorze, Egipt został po raz trzeci z rzędu zwycięzcą Pucharu Narodów Afryki, Gedo królem strzelców, a my oglądaliśmy to wszystko w zatłoczonej sziszarnio-herbaciarni (kobiety oglądały mecz na osobnym telewizorze) przy ulicy Mohammed Farid.</p>
<p>A co było potem? SZALEŃSTWO!</p>
<p>Klaksony, śpiewy, flagi. Dorożki w Luksorze wreszcie służyły nie tylko zagranicznym turystom. Tysiące ludzi na motorach, pickupach, rowerach &#8211; wszystkim. My w środku. Do tego miotacze ognia. Huk, tłum, radość.</p>
<p>Gedo! Gedo! Gedo!</p>
<p>Na platformie samochodu ktoś przebrany za małpę, walenie w bębny, dudnienie, chaos. Nie cieszy się tylko policja i bezpieczniacy, bo nad żywiołem zupełnie nie idzie zapanować. Najpierw oglądamy to wszystko z ronda, przez które przejeżdżają kolejne dziesiątki pojazdów, potem biegniemy razem ze wszystkimi. Tyle rund wokół centrum, ile godzin do rana.</p>
<p>Czyli do teraz. Siedzę na dachu hostelu Oasis Nubian w otoczeniu flag Jamajki i portretów Boba Marleya. Nie, to nie jest typowa tu sceneria. Ale do rzeczy. Dziś (i jutro) czas na odpoczynek i zwiedzanie Luksoru. Jednak to przecież nie tego typu informacje działają na wyobraźnię, a przygody. Bez obaw, nie brakowało. Już streszczam.</p>
<p>Skończyłem, gdy było pięknie. Ten wschód słońca. Gdy już było wyżej, ruszyliśmy przed siebie. Szybki przystanek, herbata, wizyta w pikarni (w środku!), dalej. Gdy wjeżdżaliśmy do całkiem sporego Sohag, przywitał nas piątkowy (tu jak niedziela), przedpołudniowy spokój, puste ulice (nie licząc może w sraczkowatym kolorze radzieckiego auta wołga z naklejonym na nim napisem &#8220;I love you&#8221;), brak ruchu i (kontrapunkt) nastawiony &#8220;na full&#8221; dźwięk z głośników, zachęcający do spędzenia tego dnia zbożnie.</p>
<p>Może nie do końca w zgodzie z zaleceniami, ale jednak, trafiamy do dużego ośrodka koptyjskiego (katedra św. Jerzego). Rozmowa z koptyjskim weterynarzem pozwala się dowiedzieć coś niecoś o niekoniecznie najlepszych relacjach między wyznawcami dwóch całkiem starych religii. Bez wdawania się w szczegóły, ale zbliżamy się coraz bardziej do tych rejonów Egiptu, gdzie do zamieszek dochodziło choćby pod koniec roku 2009, a nawet na początku stycznia 2010.</p>
<p>W przeciwieństwie do Kazimierza Nowaka nie mamy zupełnie powodu do narzekania na gościnę w ośrodkach prowadzonych przez chrześcijan. W Sohag &#8211; choć przecież się wzbraniamy &#8211; dostajemy na obiad taką grochówkę, że ojej (dodatkowo ma tu miejsce mój pierwszy kontakt z produkowaną w Egipcie gazowaną wodą Fayrouz &#8211; smak cytrynowy &#8211; do którego to typu napojów mam ogromną słabość), a to co wydarza się tego samego dnia wieczorem, w El Balyana, przechodzi &#8211; jak to się czasem mówi &#8211; ludzkie pojęcie.</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-546" title="my_i_maximos" src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/02/my_i_maximos.jpg" alt="my_i_maximos" width="450" height="301" /><small>Fot. Paweł Pachla</small></p>
<p>Ojciec Maximos. Czy można coś dodać? Dzieci: Kyrolos (lat 5, zdrobniale &#8220;Kiro&#8221;), Makarios (lat 4, &#8220;Lalo&#8221;), żona: Maria. Na myśl przychodzi pytanie popularne swego czasu w polskiej polityce: co oni tu palą? Trudno powiedzieć. Grunt, że początkowy chłód ojca Maximosa (wtedy jest jeszcze tylko facetem z brodą, który wygląda jak Benitio del Toro w &#8220;Che&#8221; i chce byśmy się jak najszybciej zabrali i nie robili mu kłopotu) zmienia się w ocean serdeczności i gościnności. Dzieje się naprawdę sporo. Kolacja, śmiechy, 10 osób w peugeocie, pani, której spadają okulary (Maximos próbuje ją wypchnąć z auta, dobrze, że nie w trakcie jazdy), noclego jednak gdzie indziej (przy kościele św. Jerzego za miastem), mnóstwo pysznego sera na śniadanie, przyjazd biskupa Wizara, zdjęcia z biskupem.</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-547" title="biszop_wizar" src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/02/biszop_wizar.jpg" alt="biszop_wizar" width="450" height="301" /><small>Fot. Paweł Pachla</small></p>
<p>Wystarczy. Jedziemy do Abydos. Świątynia Ozyrysa. Już za moment.</p>
<p>W listach do żony pisanych z El Balyana Kazimierz Nowak pisał, że na tej szerokości geogroaficznej zaczyna już &#8220;pachnieć Afryką&#8221;. Czy my to również czujemy? Nie, zapach się nie zmienił. Chociaż &#8211; faktycznie są jakieś nowe akcenty. Po drugie kolory: o zachodzie słońca warto popatrzeć na wschód. Róż i błękit. Dotykają się. Nie nachalnie, nie muszą krzyczeć, że są. Są i to wystarcza. Nie do podrobienia, nie do przejścia obok. Doskonałe i doskonale się łączą. Po trzecie: ciepły wiatr, który zabiera zamiast dawać wytchnienie. Zapowiedź (na razie jeszcze łagodna) sudańskiego hardkoru.</p>
<p>Zaczyna się robić afrykańsko.</p>
<p>A świątynia? Imponująca. Potężne kolumny, hieroglify na ścianach, historia zapisana w starożytnych komiksach. Dziesiątki przejść, wrażenie, że można się zgubić. Ale trzeba uważać. Tuż za świątynią znajdowało się kiedyś przejście do świata umarłych. Choć dziś jest to zapuszczony dół, gdzie niewiarygodnie wprost śmierdzi ptasim odchodem, respekt dla miejsca nie zawadzi.</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-548" title="abydos" src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/02/abydos.jpg" alt="abydos" width="450" height="301" /><small>Fot. Paweł Pachla</small></p>
<p>Bez dwóch zdań, warto było tu przyjechać, tym bardziej, że dzięki zdolnościom negocjacyjnym Romana, zwiedzaliśmy obiekt jako delegacja z uniwersytetu. Jest dobrze.</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-549" title="abydos2" src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/02/abydos2.jpg" alt="abydos2" width="450" height="301" /><small>Fot. Paweł Pachla</small></p>
<p>Do zmroku już niewiele godzin, wiele więc kilometrów nie ujeżdżamy. Ostatecznie, po kilku zawirowaniach i zmianach, lądujemy w miejscowości Farszut w lokalnym ośrodku noclegowym dla policji i bezpieczniaków (to właśnie w tym mieście było &#8220;gorąco&#8221; w listopadzie, gdy palono i demolowano tu sklepy prowadzone przez koptów). No trudno, przy tak ścisłej asyście mundurowych (idą z nami nawet, gdy chcemy kupić banany) nie mamy zbyt wielkiego wyboru.</p>
<p>Wieczór spędzony w towarzystwie chłopaka, który mówi chyba we wszystkich językach (niemiecki, angielski, rosyjski, arabski, trochę polski; więcej nie daje nam poznać), na co dzień jest nurkiem pracującym w Hurghadzie, a nazywać się każe Katastrofa, nie należy dla nas może do szczególnie wzniosłych (naprawdę ciężko jest wykonać choć ruch nie pod czujnym okiem policji), dla mieszkańców Farszut, zwłaszcza dzieci, pozostanie jednak na pewno na długo w pamięci. Ludzie spoza Egiptu nie przyjeżdżają tu raczej nigdy, faktycznie bowiem nie ma tu nic do oglądania. No chyba, że właśnie przybysze z zewnątrz, a oglądającymi są wtedy głównie dzieci. Jesteśmy w centrum zainteresowania. Gdy wracamy na kwaterę, oprócz asysty policji, mamy też za sobą tłumek z 50-60 osób. Wesoło.</p>
<p>Następny dzień to plan ambitny. Wczesny wyjazd, śniadanie w Nagi Hammad (w czasie koptyjskiego Bożego Narodzenia, raptem miesiąc temu, zamordowano tu 6 chrześcijan, nic więc dziwnego, że radiowozy ściśle otaczają teraz kościoły &#8211; jest niedziela) i jasno wytyczony cel: Luksor. Wspaniała pogoda do jazdy, grzeje jak powinno, wieje lekko w plecy. Idealnie. To właśnie te chwile, w których ma się pewność, że rower to najlepszy sposób na podróżowanie.</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-550" title="szprychy" src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/02/szprychy.jpg" alt="szprychy" width="301" height="450" /><small>Fot. Paweł Pachla</small></p>
<p>A wieczorem (po przejechaniu 138 km)? Te, w których ma się pewność, że piłka nożna to jedyny sport na świecie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.sladaminowaka.pl/1-lutego-2010-poniedzialek-rano-dzien-24-89-dzien-sztafety/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>29 stycznia 2010, piątek rano, dzień 21 (86 dzień sztafety)</title>
		<link>http://www.sladaminowaka.pl/29-stycznia-2010-piatek-rano-dzien-21-86-dzien-sztafety/</link>
		<comments>http://www.sladaminowaka.pl/29-stycznia-2010-piatek-rano-dzien-21-86-dzien-sztafety/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 29 Jan 2010 11:36:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tomza</dc:creator>
				<category><![CDATA[Relacja - dzień po dniu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.sladaminowaka.pl/?p=538</guid>
		<description><![CDATA[barka na Nilu, wschód słońca, 35 km przed Sohag
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8211;
Mieliśmy wczoraj dojechać do Sohag, nie dojechaliśmy, i to było dobre. Dzięki temu mieliśmy nocleg w prawdopodobnie najbardziej jak dotąd malowniczym miejscu na naszej trasie: barka na Nilu, przy zakręcie rzeki, na drugim brzegu palmy, za nimi wzniesienie z piaskowca, cypel, wyspa, łódki, wszystko. Pluska woda, jest [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>barka na Nilu, wschód słońca, 35 km przed Sohag<br />
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8211;</p>
<p>Mieliśmy wczoraj dojechać do Sohag, nie dojechaliśmy, i to było dobre. Dzięki temu mieliśmy nocleg w prawdopodobnie najbardziej jak dotąd malowniczym miejscu na naszej trasie: barka na Nilu, przy zakręcie rzeki, na drugim brzegu palmy, za nimi wzniesienie z piaskowca, cypel, wyspa, łódki, wszystko. Pluska woda, jest pięknie. A do tego jeszcze teraz wschód słońca. No.</p>
<p>To, że spaliśmy na barce, nie znaczy wcale, że gdzieś płynęliśmy. Barka jest zacumowana, a żeby się na niej ostatecznie zatrzymać, trzeba było dość długo negocjować z policją. Pojawiały się nawet takie argumenty, jak ten, że miejsce jest niebezpieczne, bo zostaniemy ostrzelani z przeciwległego brzegu (opis sytuacji, z uwagi na umiarkowane porozumienie na poziomie językowym: ręce ułożone, jakby trzymały karabin, z równoczesny przekazem dźwiękowym &#8220;trata tata ta&#8221;). Gdy nie dajemy mu specjalnie wiary, zostaje radykalnie złagodzony do &#8220;będzie zimno&#8221;.</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-553" title="barka" src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/01/barka.jpg" alt="barka" width="450" height="301" /><small>Fot. Paweł Pachla</small></p>
<p>Ostatecznie, przede wszystkim dzięki stanowczej postawie Sebastiana (tutaj po prostu czasem trzeba trochę pokrzyczeć, żeby osiągnąć swoje), który jako jedyny z nas zna trochę więcej słów po arabsku, oraz działalności Romana w czasie negocjacji, polegającej na tworzeniu faktów dokonanych (rozkładanie namiotu), udaje nam się rozłożyć biwak &#8211; jakby nie było &#8211; na rzece.</p>
<p>Jest pięknie. Ale to już chyba o tym wspominałem.</p>
<p>Z najistotniejszych jeszcze rzeczy z wczoraj: od klasztoru za Asjut jedziemy zdecydowanie najbiedniejszą jak na razie okolicą, ze wszystkich, które mijaliśmy dotąd w Egipcie. Ludzie mieszkają tu z zabudowaniach, w jakich gdzie indziej i wcześniej, trzymano do tej pory wyłącznie zwierzęta. Zatrzymujemy się na herbatę. Jest wręcz serdecznie, dzieci, dorośli, wszyscy. Na trasie ludzie także nas pozdrawiają, przybijamy raz za razem &#8220;piątki&#8221; (jedna tak mocna, że mało nie tracę równowagi z rowerem), machamy.</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-563" title="bazo_i_dzieci" src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/01/bazo_i_dzieci.jpg" alt="bazo_i_dzieci" width="450" height="301" /><small>Fot. Paweł Pachla</small></p>
<p>Pokonujemy też spory kawałek bezdrożami, bo policjanci, którzy chcą nas eskortować, wyraźnie mają problemy z orientacją w terenie. Ale naprawdę nie ma czego żałować &#8211; jedzie się wolno i wyboiście, w okolicznościach przyrody za to wspaniałych. Pompy nawadniające pracują, ktoś pracuje w polu, rosną palmy. Słońce świeci nie za mocno, lekki wiatr, pogoda idealna. Wsi spokojna, wsi wesoła.</p>
<p>I wreszcie ostatnia sprawa, bo za chwilę ruszamy w kierunku Sohag (a dalej do Abydos). Ostatnia, ale &#8211; przynajmniej dla lokalnej administracji mundurowej &#8211; zdecydowanie kluczowa. Otóż przekazujący sobie informacje na nasz temat policjanci, zawsze podają (przez radio lub zwykły telefon) w pierwszej kolejności naszą najistotniejszą charakterystykę: &#8220;Arba Bulandi, wahed Alemanii&#8221; (&#8221;Czworo Polaków, jeden Niemiec&#8221;). Czasem zresztą na tym kończą. &#8220;Arba Bulandii, wahed Alemanii&#8221; wyjaśnia i mówi za wszystko. Gdybyśmy jechali &#8211; powiedzmy &#8211; w dwóch Francuzów i trzech Rosjan, zapewne procedury postępowań z nami musiałyby być całkowicie inne.</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-554" title="sebastian" src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/01/sebastian.jpg" alt="sebastian" width="450" height="301" /><small>Fot. Paweł Pachla</small></p>
<p>Tymczasem idealnie przygrzewa. Kazimierz Nowak swojej podróży przez środkowy Egipt nie zapamiętał najmilej (w listach do żony padają słowa naprawdę mocne). Mamy nadzieję, że akurat w tej kwestii nie pójdziemy dokładnie krok w krok w jego ślady.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.sladaminowaka.pl/29-stycznia-2010-piatek-rano-dzien-21-86-dzien-sztafety/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>28 stycznia 2010, czwartek rano, dzień 20 (85 dzień sztafety)</title>
		<link>http://www.sladaminowaka.pl/28-stycznia-2010-czwartek-rano-dzien-20-85-dzien-sztafety/</link>
		<comments>http://www.sladaminowaka.pl/28-stycznia-2010-czwartek-rano-dzien-20-85-dzien-sztafety/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 29 Jan 2010 11:35:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tomza</dc:creator>
				<category><![CDATA[Relacja - dzień po dniu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.sladaminowaka.pl/?p=535</guid>
		<description><![CDATA[Dirunka, ośrodek franciszkański, u stóp klasztoru koptyjskiego
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8211;
No i zrobił nam się tydzień koptyjski, chociaż wcale takiej religijnej wolty nie planowaliśmy. Zarówno wczoraj jak i dziś (a zaczęło się przecież już w niedzielę, w Beni Suef) spaliśmy w miejscach związanych w ten czy inny sposób z tym właśnie wariantem chrześcijaństwa.
Dzisiaj co prawda podjęli nas franciszkanie (niezwykle [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Dirunka, ośrodek franciszkański, u stóp klasztoru koptyjskiego<br />
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8211;</p>
<p>No i zrobił nam się tydzień koptyjski, chociaż wcale takiej religijnej wolty nie planowaliśmy. Zarówno wczoraj jak i dziś (a zaczęło się przecież już w niedzielę, w Beni Suef) spaliśmy w miejscach związanych w ten czy inny sposób z tym właśnie wariantem chrześcijaństwa.</p>
<p>Dzisiaj co prawda podjęli nas franciszkanie (niezwykle serdeczny i po ludzku dobry ojciec Szinuda, doświadczenia z kontaktów z misjami będziemy mieć więc zgoła inne niż Nowak), ale mający swój ośrodek dokładnie u podnóża góry, na zboczu której zbudowany został olbrzymi kompleks koptyjski. Zbudowany zresztą w tym miejscu nie przez przypadek, ale na pamiątkę tego, że w grocie masywu miała znaleźć schronienie Święta Rodzina, kiedy uciekła do Egiptu przed prześladowaniem ze strony Heroda. Takie historie.</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-557" title="franciszkanie" src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/01/franciszkanie.jpg" alt="franciszkanie" width="450" height="301" /><small>Fot. Paweł Pachla</small></p>
<p>Z Nowakiem co prawda związane tak sobie, za to inne już jak najbardziej. Weźmy oto bowiem Asjut. Duże miasto, w którym zatrzymaliśmy się wczoraj jak nasz poprzednik. I co? I podobnie. Słowo klucz to &#8220;policja&#8221;. Nowak miał tu z nimi przejścia wręcz krańcowe, z rękoczynami i walką o rower włącznie. My przy tym to pełny Wersal, ale i tak obstawy tak ścisłej jak tutaj to jeszcze nie mieliśmy. Jazda na sygnale, radiowóz z przodu, radiowóz z tyłu, eskorta, gdy chcemy przejść nawet marne 50 m.</p>
<p>Ale to nie dlatego, że pamiętają tu &#8220;wyczyny&#8221; i kłótnie Nowaka z &#8220;policją fellachów&#8221;. Problem tkwi w uniwersytecie, który zresztą mijamy zaraz przy wjeździe do miasta. Od dobrych lat ponad trzydziestu ma opinię kuźni radykałów, a wręcz terrorystów, dlatego bezpieczniacy wolą tu dmuchać na zimne. Jak jest naprawdę i czy rzeczywiście coś by nam tutaj groziło, gdyby nie obstawa policji &#8211; trudno powiedzieć. Ale wszyscy, z którymi udaje nam się pogadać (Samy, nauczyciel ze szkoły średniej, któremu ciężko jest uwierzyć w wyczyn Nowaka, czy dzieciaki, które podjeżdżają do nas rowerami), są do nas nastawieni bardzo przyjaźnie.</p>
<p>Jeśli jednak coś jest na rzeczy, to warto odnotować, że terroryści wożą się tu polonezami i dużymi fiatami, któych na ulicach Asjut jest naprawdę sporo.</p>
<p>Tymczasem jedak ukłon w stronę chronologii, bo trochę za bardzo relacja poszła na żywioł. Otóż skończyliśmy poprzednio porankiem w Minja. Przedłużył się zresztą i to było dobre. Skręcając bowiem w boczną uliczkę, by móc podczas wyjazdu z miasta w spokoju porozmawiać z dzwoniącym do nas Radiem Szczecin (Sebastian przedstawia się słuchaczom i domaga się tłumaczenia &#8220;Rowerem i pieszo&#8230;&#8221;), natrafiamy na prawdopodobnie najlepsze do tej pory falafle. Kruche, soczyste, w sam raz doprawione. Idealne. Gdyby do tego jeszcze dodać napój z granata.</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-558" title="sok_z_granata" src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/01/sok_z_granata.jpg" alt="sok_z_granata" width="450" height="301" /><small>Fot. Paweł Pachla</small></p>
<p>Choć nie planowaliśmy tego dnia długiego dystansu, konieczność przejechania znów ponad setki pojawia się &#8220;sama&#8221;. Oto bowiem nie do końca precyzyjne informacje dotyczące odległości, w jakiej od miejscowości Dairut znajduje się koptyjski klasztor w Dair ab Muharak, i znów pedałujemy po zmroku.</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-559" title="rowerowanie_noca" src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/01/rowerowanie_noca.jpg" alt="rowerowanie_noca" width="450" height="301" /><small>Fot. Paweł Pachla</small></p>
<p>W końcu jesteśmy, podejmuje nas brodaty ojciec Filon. Miejsce niezwykłe, kościoły stare, jedzenie proste i dobre. Koptyjscy mnisi udzielając nam gościny, dyskretnie ale zdecydowanie trzymają nas jednak krótko i na dystans. Z ortodoksami nie ma żartów.</p>
<p>Następnego dnia (środa) wyjeżdżamy dopiero w południe, czując się w starych murach całkiem wygodnie (swoje robią też kilometry, których jednak wycisnęliśmy przez te kilka dni od Kairu całkiem sporo). Przed samym odjazdem jeszcze zakupy w przyklasztornym sklepie ze słodyczami &#8211; całe pudło baklawy wygląda pierwszorzędnie, ale trzeba być ostrożnym: wieczorem Magda zagryzie kęs z bonusowym gwoździem (małym, ale jednak w ciastku niespodziewanym).</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-560" title="roman_i_baklawa" src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/01/roman_i_baklawa.jpg" alt="roman_i_baklawa" width="301" height="450" /><small>Fot. Paweł Pachla</small></p>
<p>Dostajemy tym razem zupełnie nietypowo asystę jednego tylko policjanta, w dodatku na motorze. Nie ma więc uciążliwej obstawy, zamiast tego jedziemy po prostu w szóstkę. W kolejności nie do końca alfabetycznej: Magda, Muhammad, Paweł, Piotrek R., Sebastian i ja.</p>
<p>Jedziemy bocznymi drogami. Niezbyt szybko, bo nie utwardzonymi. Dookoła niezwykle malowniczo, zielono, palmy i trzciny. W Asjut jesteśmy pełnym po południem. Do Dirunka stamtąd jeszzce tylko 10 km. Krajobraz się zmienia. Od zachodu granicę doliny wyznaczać zaczyna solidny masyw (taki klif). To w jego zboczu znajduje się koptyjski klasztor.</p>
<p>Noc z komarami. Gryzą mnie nawet w powiekę. Nie przepuszczają takiej okazji. Jest tyle krwi do wypicia.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.sladaminowaka.pl/28-stycznia-2010-czwartek-rano-dzien-20-85-dzien-sztafety/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>26 stycznia 2010, wtorek rano, dzień 18 (83 dzień sztafety)</title>
		<link>http://www.sladaminowaka.pl/26-stycznia-2010-wtorek-rano-dzien-18-83-dzien-sztafety/</link>
		<comments>http://www.sladaminowaka.pl/26-stycznia-2010-wtorek-rano-dzien-18-83-dzien-sztafety/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 26 Jan 2010 10:05:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>tomza</dc:creator>
				<category><![CDATA[Relacja - dzień po dniu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.sladaminowaka.pl/?p=530</guid>
		<description><![CDATA[Minja, Hotel Majestic
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8211;
Nazwa hotelu jest rzeczywiście niezła. Spaliśmy w nim dzisiaj dlatego, że przejechaliśmy wczoraj aż ponad 130 km z Beni Suef do Minja właśnie, niestety na całym dystansie w asyście mniej lub bardziej rozsądnie zachowującej się policji (na jednym z odcinków radiowóz jechał przed nami nie więcej niż 20 m, co sprawiało, że jedyny [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Minja, Hotel Majestic<br />
&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8211;</p>
<p>Nazwa hotelu jest rzeczywiście niezła. Spaliśmy w nim dzisiaj dlatego, że przejechaliśmy wczoraj aż ponad 130 km z Beni Suef do Minja właśnie, niestety na całym dystansie w asyście mniej lub bardziej rozsądnie zachowującej się policji (na jednym z odcinków radiowóz jechał przed nami nie więcej niż 20 m, co sprawiało, że jedyny widok, jakim mogłem martwić swoje oczy, składał się z tylnej części pickupa, dużego napisu Chevrolet oraz dwóch facetów w zielonych swetrach z bronią palną na kolanach). No trudno.</p>
<p>Za to po bokach krajobraz doliny Nilu całkiem już różnorodny, przede wszystkim pod względem mnogości rozwiązań dla tzw. substancji mieszkaniowej. Zdarzają się oto bowiem zarówno budynki w stylu prawie że afrykańskim, polepione wydaje się byle jak, obok prostych i bardziej skomplikowanych, jedno- lub dwupiętrowych domów dostosowanych do tutejszego klimatu &#8211; nazwijmy je, że normalnych, lecz jest też zabudowa bloczkowa, otynkowana albo i niekoniecznie. Bloczki te właśnie pobudowane równiutko wzdłuż drogi, którą jedziemy, sprawiają, że niby mija się wioski położone w pobliżu miast takich jak Maghagha, Beni Mazar czy Samalut, a jest trochę jak w Radomiu, względnie w którymś z pozostałych miast polskiego matecznika rusznikarstwa, jak np. w Skarżysku-Kamiennej. Mimo wszystko ciekawe doświadcznie.</p>
<p>Oprócz zabudowy, wzdłuż drogi ciągną się zielone pola, nawadniane równie intensywnie jak kilka tysięcy lat temu kanałami irygacyjnymi odprowadzanymi od Nilu. Zielona dolina jest tak szeroka, że momentami widać z szosy pustynię wyznaczającą jej granice, a jednak daje radę tu ludność produkować żywności naprawdę sporo. Do tego gaje palmowe, gęstwina rzeczna przy szerszych kanale i gdy dodamy do tego np. zachód słońca, robi się naprawdę malowniczo.</p>
<p>To tyle może w kąciku poetyckim, a teraz krótko, co się od wczoraj zdarzyło. Chwilę po tym, jak skończyłem pisać, wrócił Roman z dobrą nowiną, że wraz z Sebastianem po długich poszukiwaniach znaleźli w Beni Suef nocleg po drugiej stronie Nilu, w centrum koptyjskim. Jedziemy. Tak się składa, że ja akurat na rowerze Magdy, więc trochę uderzam się w szczękę kolanami, ale gorzej i tak ma Paweł, którego na szybkości potrąca samochód. Normalna sprawa, wstajemy, czas goni.</p>
<p>Centrum koptyjskie to miejsce złożone z kościoła koptyjskiego, domu pielgrzyma koptyjskiego oraz jadalni (są też oczywiście i inne rozwiązania infrastrukturalne &#8211; ogólnie pierwsza klasa). Jadalnia dla nas ma znaczenie wiodące. Łapczywie pochłaniam makaron z pomidorami i trochę zbyt słonym (ale nie czas na niuanse) kozim serem. Przypomina mi się Piotr Milaniak. Podczas III Spotkań Podróżników i Eksplorerów w Krakowie opowiadał o jednej ze swoich rowerowych wypraw (Azja, Ameryka Południowa), cały czas wrzucając jakieś dygresje o jedzeniu. Że tu jadł to, tam tak smakowało tamto. Myślałem sobie &#8211; obsesjonat. Wczoraj zmieniłem zdanie.</p>
<p>Poza wszystkim zaś ośrodek koptyjski i możliwość kontaktu z otoczeniem innym niż muzułmańskie, to zawsze miła odmiana &#8211; wreszcie są tu ludzie, którzy przedstawiają się jako Michael czy Carlos. Niby nic takiego, ale gdy przez ponad 2 tygodnie non stop skupiasz się, by nie pomylić kolejnego Mohammeda z Ahmedem lub jego kumplem Mahmudem (np. w Kantarze poznany przez nas człowiek, z którym gdzieś koło północy piliśmy sobie herbatę, tak właśnie nazwał swoich trzech synów; Lech, Leszek, Lesław? Mniej więcej coś w tym rodzaju; przy czym dodać należy, że córce dał za to piękne imię Basmala), traktujesz takie momenty jako sposobność na złapanie oddechu.</p>
<p>Samo Beni Suef to miasto naprawdę spore, podobnie zresztą jak i to, gdzie jesteśmy dzisiaj &#8211; Minja (jak można wyczytać w przewodniku jeszcze raptem pod koniec l.90. XX wieku na jego ulicach trwały walki egipskiego wojska z radykalnymi bojówkami, stąd być może taka troska o nas ze strony policji). Poza tym świeże powietrze, ładne kamienice i awans Egiptu do półfinału Pucharu Narodów Afryki, który oglądaliśmy wczoraj w barze z koszeri, który z całą pewnością poprawił nastroje mieszkańców (masywny kucharz po golu na 2:1 tak mocno dostał od kolegi po plecach &#8211; z radości co prawda, ale musiało boleć &#8211; że sala na chwilę zatrzęsła się w posadach), choć przyznać trzeba, że sędzia skrzywdził Kamerun; po wolnym A. Hassana piłka na pewno nie odbiła się za linią bramkową.</p>
<p>A dziś &#8211; dystans krótszy, więcej oglądania. Ale najpierw pieczątka. Bo Minja to miasto, które podobnie jak i Beni Suef odwiedził na swojej trasie Kazimierz Nowak. Dokumentujemy.</p>
<p><img src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/01/memfis.jpg" alt="memfis" title="memfis" width="450" height="149" class="aligncenter size-full wp-image-531" /><small>Fot. Kazimierz Nowak | fot. Paweł Pachla</small></p>
<p><img src="http://www.sladaminowaka.pl/wp-content/uploads/2010/01/piramida.jpg" alt="piramida" title="piramida" width="450" height="152" class="aligncenter size-full wp-image-532" /><small>Fot. Kazimierz Nowak | fot. Paweł Pachla</small></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.sladaminowaka.pl/26-stycznia-2010-wtorek-rano-dzien-18-83-dzien-sztafety/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
